Być z człowiekiem w chorobie i u kresu życia
Wsparcie osoby chorej, szczególnie tej, która zbliża się do końca życia, nie zaczyna się od słów ani od wiedzy. Zaczyna się od obecności. Od zgody na to, by usiąść obok czyjegoś bólu, lęku, nadziei i bezradności, bez potrzeby ich zmieniania. W podejściu gestaltowskim mówimy o byciu w kontakcie: prawdziwym, żywym, nieuciekającym. W psychoonkologii i pracy hospicyjnej ta obecność staje się fundamentem wszystkiego, co dalej.
Człowiek w chorobie często traci wiele warstw swojej tożsamości: sprawność, role społeczne, plany, poczucie kontroli. Zostaje ciało, które boli lub zawodzi, emocje, które bywają skrajne, oraz pytania egzystencjalne, na które nie zawsze istnieją odpowiedzi. W takiej sytuacji ogromnym aktem wsparcia jest uznanie: „Masz prawo czuć to, co czujesz.” Nie chodzi o pocieszanie na siłę ani o odbieranie prawa do smutku czy gniewu. Chodzi o to, by nie zostawiać człowieka samego z jego doświadczeniem.
Gestalt uczy nas uważności na „tu i teraz”. Dla osoby chorej „teraz” bywa bardzo intensywne, czasem jedyne, czym dysponuje. Wsparcie polega więc często na prostych, cielesnych gestach: spokojnym głosie, ciepłym dotyku (jeśli jest na niego zgoda), zsynchronizowanym oddechu, byciu razem w ciszy. Cisza w hospicjum nie jest pustką. Jest przestrzenią, w której może wybrzmieć to, co najważniejsze, czasem lęk przed śmiercią, czasem wspomnienie, a czasem zwykła potrzeba bycia zauważonym.
Psychoonkologia zwraca uwagę na to, jak bardzo choroba nowotworowa i inne choroby zagrażające życiu naruszają poczucie bezpieczeństwa. Człowiek konfrontuje się z utratą przyszłości, jaką znał. Wsparcie nie polega na dawaniu fałszywej nadziei, lecz na towarzyszeniu w realnym procesie żałoby. Także tej, która dzieje się jeszcze przed śmiercią. Żałoby po zdrowiu, po sprawności, po „ja sprzed choroby”. Kiedy ktoś mówi: „Boję się” albo „Nie chcę umierać”, najgłębszą odpowiedzią bywa: „Słyszę cię. Jestem tu.”

W pracy hospicyjnej szczególnie wyraźnie widać, że umieranie jest procesem relacyjnym. Rzadko dotyczy tylko jednej osoby. Obejmuje rodzinę, bliskich, opiekunów. Dlatego wsparcie chorego nie może być oderwane od wsparcia tych, którzy są obok. Często to oni dźwigają zmęczenie, poczucie winy, bezradność i lęk przed tym, co nadejdzie. Opieka ma wtedy charakter kręgu, obejmuje wszystkich, którzy są w polu doświadczenia. W duchu Gestalt ważne jest zauważenie granic: także opiekun ma prawo do odpoczynku, do łez, do złości, do nie-wiedzenia.
Czułość w towarzyszeniu osobie umierającej nie polega na wielkich gestach. Polega na szacunku dla tempa drugiego człowieka. Na słuchaniu tego, co mówi i tego, czego już nie potrafi wypowiedzieć słowami. Czasem jest to trzymanie za rękę, gdy oddech staje się płytszy. Czasem przypominanie: „Twoje życie miało znaczenie”. A czasem zwykłe bycie, bez żadnej narracji, bez prób nadawania sensu temu, co może być po prostu trudne i bolesne.
W obliczu śmierci szczególnie wyraźnie widać, że relacja leczy bardziej niż technika. Że najważniejsze pytanie brzmi nie: „Co mogę zrobić?”, lecz: „Jak mogę być?” Być uważnym, autentycznym, współodczuwającym. Być kimś, kto nie odwraca wzroku, gdy pojawia się cierpienie. Kto potrafi przyznać: „Nie wiem”, i nie ucieka.
Towarzyszenie komuś u kresu życia jest jednym z najbardziej intymnych doświadczeń, jakie mogą się wydarzyć między ludźmi. Uczy pokory wobec istnienia, kruchości ciała i siły więzi. I choć pełne jest bólu, bywa też przestrzenią niezwykłej bliskości, pojednań, ciszy, która koi. W tej ciszy często rodzi się najczystsza forma wsparcia: obecność, która mówi – nie jesteś sam.


